Dziś nie będzie o żywieniu. Będzie za to o życiu. Życiu, które bywa przewrotne, zaskakujące, sprzyjające a czasem dołujące do tego stopnia, że mamy ochotę ukryć się od wszystkiego (i wszystkich) w jakimś ciepłym i niedostępnym miejscu. Jestem pewna, że każdy z nas miał choć raz w życiu taki dzień, w którym chciałby wylogować się ze swojego życia i wrócić z powrotem dopiero wtedy, kiedy ktoś inny posprząta ten cały bajzel. Ja też. I to właśnie o takich dniach chciałam dziś pogadać…

GDZIE SIĘ PODZIAŁA NORMALNOŚĆ?

Pisanie tego artykułu rozpoczęłam już jakieś 2 miesiące temu, kiedy po raz kolejny popadłam w sidła swojej psychiki. Dość długo nosiłam się z tym, czy warto te słowa w ogóle publikować, ale ostatecznie przekonała mnie do tego Wasza reakcja po jednym z moich instastory (czyli krótkich filmików nagrywanych na Instagramie). Co ciekawe nie nagrałam w nim, ani nowych pomysłów na przepis, ani mowy motywacyjnej, ani ciekawostek psychologicznych. Nagrałam po prostu wypowiedź na temat tego, że mam zły dzień. I tyle.

Jakie było moje zdziwienie, kiedy otrzymałam od Was wiadomości w stylu „Jak dobrze wiedzieć, że nie tylko ja mam złe dni, myślałam że to ze mną jest tylko coś nie tak” i „Wow! Jak fajnie, że mówisz o tym, że masz zły dzień. Mam wrażenie, że w Internecie jest to temat tabu” a także:

To skłoniło mnie do dwóch refleksji. Po pierwsze – jaką cholerną bańką jest ten Internetowy świat. Z publikowaniem nienaturalności doszliśmy do tego stopnia, że zaczynamy wątpić w to, że inni ludzie też mają złe dni. Co więcej, zaczynamy się z tego powodu obwiniać, bo uważamy że tylko my jesteśmy tak niezdolni do wzięcia się w garść i zrobienia czegoś ze swoim życiem.

Po drugie – uderzyło mnie też to, jak wielu z nas stawia sobie poprzeczkę tak wysoko, że musi się codziennie dwoić i troić, aby ją przeskoczyć. I o ile mierzenie wysoko jest okej, ważne jest to, aby mierzyć się zawsze swoją miarą. 

I do tej drugiej grupy należę również ja. Perfekcjonizm to moje drugie imię, ale mam nadzieję, że już tylko do czasu, bo mierzenie swoją miarą wychodzi mi już coraz lepiej. Ktoś mógłby jednak pomyśleć „ale to chyba dobra cecha, że starasz się robić wszystko na najwyższym poziomie?”. No i owszem, dobrze jest robić rzeczy dobrze, ale domeną ludzką jest również robić rzeczy źle. Albo nie robić ich wcale mimo dużych chęci. Problem w perfekcjonizmie tkwi jednak w innych rzeczach, a przede wszystkim w tym w jaki sposób radzimy sobie, kiedy coś jednak nie pójdzie po naszej myśli. Ale od początku…

WSZYSTKO NAJLEPIEJ

Każdy z nas ma codziennie do dyspozycji 24 godziny. Jeżeli mówimy, że nie mamy na coś czasu – oznacza to, że dana czynność nie jest naszym priorytetem. Bo nie ma czegoś takiego, że jedni mają mniej lub więcej czasu. Każdy z nas ma czas. Różnimy się tylko tym, na co go przeznaczamy. Jeśli czujemy dysonans pomiędzy tym, co chcielibyśmy robić, a tym co rzeczywiście robimy – planowanie swojego czasu jest naprawdę kapitalnym sposobem na ogarnięcie chaosu w swoim życiu.

Pierwszym krokiem jest wówczas wyznaczenie swoich priorytetów, czyli czynności które z jakiegoś powodu są dla nas ważne i chcemy im poświęcić swoją uwagę. Wiadomo, że mając trójkę dzieci, męża i cały dom na głowie nie zrobimy tyle samo, co nastolatka, której głównym zajęciem w ciągu dnia jest szkoła. Ale to nie ma znaczenia – każdy z nas ma takie samo prawo i możliwość do tego, aby zarządzać swoim czasem według swojego zamysłu. Tak więc licząc na lepsze zorganizowanie swojego życia, warto sięgnąć po kartkę i długopis i wypisać wszystkie priorytety swojego dnia/tygodnia/miesiąca.

Gorzej, jeżeli nie mamy priorytetów, bo naszym priorytetem jest absolutnie wszystko. Znacie to?

Choć to i tak jeszcze nienajgorsza sytuacja, bo o ile można mieć ambicje aby zrobić swoje „wszystko”, schody zaczynają się kiedy chce się zrobić wszystko… najlepiej. Co ciekawe nawet pisząc ten artykuł wielokrotnie zastanawiałam się czy tytuł jest odpowiednio napisany, czy w dobrych miejscach zrobiłam pogrubienie oraz czy tekst w ogóle ma logiczny sens. Właśnie w takich sytuacjach wiem, że z jednego z zakamarków mojego umysłu odzywa się perfekcjonizm 🙂

Tym sposobem sprowadziłam Was właśnie do mojego świata. Świata, w którym do pewnego czasu wierzyłam, że multizadaniowość i niezawodność mogą iść w parze i przynosić same życiowe sukcesy. W świecie, w którym wizja tego, że napisany artykuł nie będzie tak dobry jak mógłby być, powstrzymywała mnie przed jego dodaniem, a jedna pomyłka wywoływała bardzo silne poczucie niekompetencji i użalanie się nad sobą. Moja sielanka skończyła się w momencie, kiedy wylądowałam na izbie przyjęć, a następnie w gabinecie psychoterapeuty z diagnozą stanów lękowych i ataków paniki. To było dwa lata temu.

I nie, nie piszę tego, aby się żalić lub chwalić 😉 Opisuję po prostu zwykły związek przyczynowo skutkowy, w którym nadmierna eksploatacja organizmu i wiara w nieistniejące ideały została skonfrotnowana z rzeczywistością. A z racji tego, że ideały nie zakładały w swojej strukturze żadnych elementów hamulcowych – życie samo postanowiło uruchomić hamulec ręczny.

Zrozumienie tej zależności oraz umiejętność spojrzenia na nią z tzw. lotu ptaka, zajęło mi kilka miesięcy, jednak z perspektywy czasu wiem, że to była dla mnie najlepsza lekcja życia, jaka mogła mnie spotkać. Tych lekcji było zresztą więcej, ale o nich zechcę napisać w oddzielnym tekście.

PERSPEKTYWA MA ZNACZENIE

O ile z perspektywy czasu, patrzę na to co mnie spotkało z dużym spokojem, o tyle kiedy znów znajduję się w tzw. „dołku” wizja przeszłych i przyszłych sukcesów staje się o wiele mniej realna. A wiecie kiedy najczęściej miewam gorsze dni? Wówczas, kiedy nie jestem w pracy, bo akurat jestem chora, bo jest weekend, bo wyjeżdżam do domu rodzinnego, albo załatwiam jakieś sprawy na mieście, które pochłaniają mój czas z jednoczesnym poczuciem, że jest to czas bardzo nieefektywny.

I wtedy się gubię, bo ostatnio uświadomiłam sobie, że sens mojego życie to wyłącznie praca. Ten wniosek również wysnułam z terapii, gdy analizowałyśmy z terapeutką dni, w których mam wysyp negatywnych myśli. Negatywnych, czyli takich które wydaje mi się, że jutro wszyscy zauważą, że nie dodawałam nowych postów, że przestaną przychodzić zapytania o dietę, że tak naprawdę są tysiące osób, które robią to samo co ja i że właściwie to po co się wychylam i cokolwiek piszę.

I tak to wygląda, kiedy mam gorszy dzień. Tych gorszych dni jest na szczęście zdecydowanie mniej, bo intensywnie nad sobą pracuję. Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że praca nad swoimi myślami jest czymś niematerialnym i czasem trudno się pogubić czy już zrobiłam jakiś progres czy też nie. 

Miałam już przecież momenty, kiedy myślałam, że wszystko jest dobrze. Że myśli mnie nie nękają, że mam przecież dużą wiedzę i samoświadomość i że jestem już w jakiś sposób bezpieczna. Niestety, kiedy tylko przez dłuższy czas czułam się OKEJ, w mojej głowie włączało się zielone światło, które mówiło „Już nie masz problemu, możesz znowu lecieć na najwyższych obrotach”. No i koło się zapętlało 😉

JAK WRZUCIĆ NA LUZ?

Praca nad sobą polega przede wszystkim na tym, aby na swoje stany emocjonalne lub problemu spojrzeć z szerszej perspektywy i skupić się na rozwiązaniu przyczyny, a nie kotłowaniu się w jej skutku – czyli trudnej emocji. W moim przypadku wygląda to tak, że kiedy spotyka mnie jakaś sytuacja, w której do tej pory zaczynałam snuć katastroficzne wizje, mówię sobie „Magda, to tylko myśl. Pamiętaj, że myślisz w ten sposób, kiedy masz gorszy dzień. Odłóż komputer i idź ugotuj obiad. Jak będziesz gotować, to nie będziesz myśleć i za jakiś czas wszystko wróci do normy”. Skupiam się więc na wyrwaniu z myśli poprzez podjęcie takiej czynności, w trakcie której nie będę myśleć.

Najgorsze w tego typu postępowaniu jest to, że na samym początku wizja tego, że przecież mam jeszcze tyle do zrobienia, a tu nagle mam wszystko rzucić i iść gotować, jest nie do przyjęcia. W końcu gotowanie będzie trwało 40 minut, a ja w te 40 minut mogłabym odpisać na 5 maili i ułożyć jedną dietę. No i na początku nie odrywałam się od pracy, lecz kończyło się tym, że przez 40 min patrzyłam na jednego maila nie mogąc znaleźć w sobie sił, aby rozpocząć odpisywanie.

Kiedyś uznawałam to za moją słabość, wadę i coś, przez co spadała moja samoocena. Myślałam sobie, że skoro nie radzę sobie z tak prostą rzeczą, jak odpisanie na maila – to jakim niby cudem mam prowadzić firmę, która chce się rozwijać? Ale z czasem wrzuciłam na luz. Pomogły mi w tym rozmowy z terapeutą, psychologiem oraz rozmowy z innymi ludźmi, którzy przechodzili przez to samo.

LEKCJA NA KONIEC

Bo wrzucanie na luz czy wyrozumiałość względem siebie to takie same umiejętności, jak granie na pianinie czy jazda na nartach. Aby weszły nam w nawyk trzeba je ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Problem w tym, że świat w którym żyjemy krzyczy do nas zewsząd, że możemy więcej, dalej i mocniej. I pewnie, że możemy. Ja też wiem, że mogę. Jednak, aby to zrobić, warto najpierw zadbać o siebie, zapoznać się ze swoim umysłem, poznać jego działanie i zaakceptować ze wszystkim  wadami i zaletami. 

Piszę Wam o tym, ponieważ jako osoba obecna w social mediach czuję się odpowiedzialna za to, aby nie pokazywać tylko jednej strony życia. To nie działa dobrze na naszą zbiorową polską psychikę 😉 Ta druga, mniej cukierkowo-instagramowa i lajkotwórcza , też jest niesamowicie ważna. Bo tacy po prostu jesteśmy. I albo kupujemy siebie z całym inwentarzem wad, albo gonimy za nieistniejącymi ideałami narażając swoje zdrowie psychiczne, co prędzej czy później odbije nam się czkawką. Mi się odbiło 😉